wtorek, 10 listopada 2020

Dziś moja córka napisała mi, że mnie nienawidzi...


Ostatnio zaczęłam łapać momenty. Tylko tyle mi pozostało, aby nie zwariować do końca.  Tych miłych jest tak niewiele, że należałoby je zamykać w specjalnej gablocie, przybite szpileczkami jak motyle. Czasami kiedy jadę rowerem z pracy do domu chciałabym  jechać jak najdłużej, jak najdalej, bo właśnie wtedy czuję się taka wolna, oczyszczona ze wszystkich myśli, tylko ja, powietrze i przestrzeń. A czasami, kiedy wiem czego mogę spodziewać się w domu chciałabym  tak jechać i jechać do końca życia i świata. I dlatego stworzyłam moją kolekcję momentów. Żeby jednak wracać i próbować łapać następny.


Na pierwszym miejscu oczywiście dzieciństwo. Wakacje nad morzem córka biegnąca w stronę plaży. „Moźe, moźe, fala, fala, ludzie, ludzie, schody, schody, źęby, źęby”, powtarzana niczym zaklęcie przestroga rodziców „Uważaj na schodach, bo jest dużo ludzi i można wybić zęby”. Syn dzielnie pokonujący na krótkich nóżkach dystans Chłopy – Gąski. Ulewa pod latarnią morską. Wyprawa na ryby, gdzie już po pierwszym zarzuceniu straciliśmy spławik i haczyk. Wspólne grzybobrania. ZOO, kino, Targi Polagra, basen...

Później stali się nastolatkami. Wszyscy mówią, że to trudny wiek dla dzieci. Ciekawe dlaczego nie myślą, co ten wiek oznacza dla ich rodziców. Zwątpienie w to, czy w ogóle nadajemy się żeby być rodzicami. Kłótnie, płacz, trzaskanie drzwiami... I momenty...


Pamiętam, jak kiedyś pojechaliśmy na koncert Golec  uOrkeistra. Zbliżało się Boże Narodzenie, śpiewali kolędy i pastorałki. O dziwo udało się nam wybrać całą czwórką, dzieciaki same z siebie, nie zmuszone chciały pojechać z nami. W sumie to nawet mi się nie chciało za bardzo, piątek po pracy, zmęczona byłam i w jakiejś depresji nieustającej. A potem okazało się, że to właśnie był taki moment złocony szczerym złotem.  Udało się nam przez chwilę być razem, tak naprawdę blisko, uśmiechać się do siebie, rozmawiać, żartować, śpiewać. Niby nic, niby takie zwyczajne nic, a dla mnie cenniejsze niż wygrana w LOTTO. Patrzyłam na innych i zastanawiałam się , czy oni też zdają sobie sprawę z wagi tego, co się wydarzyło. Pewnie nie, ludzie zasadniczo gubią te chwile, tak jak i ja gubiłam je przez całe dotychczasowe życie. Te wszystkie „kocham cię mamo”, buziaki i przytulaski kiedyś wydawały się takie zwyczajne, takie oczywiste, takie wręcz należące się.  Żal i wstyd, że człowiek nie potrafi ich wtedy docenić.



Albo jak moja córka miała problemy z nerkami. Pojechałam z nią na USG. Czekałyśmy godzinę, była głodna, opita wodą i coraz bardziej znudzona i zła. Ale o dziwo, kiedy wyszłyśmy, wrócił jej humor, może podziałała wizja rychłej konsumpcji hot doga, może powietrze. Udało nam się pożartować, porozmawiać, kupić prezent dla kuzynki. A już na pętli, kiedy wychodziłyśmy ze sklepu z hot dogami w ręce wpadłyśmy prosto na wracającego ze szkoły syna. Dołączył do nas i zrobiło się naprawdę miło. Trochę pośmiali się ze starej matki, kiedy próbował nauczyć mnie grać w jedną ze swoich gier, ja oczywiście udałam, że się obrażam choć serce śmiało mi się z radości. W domu puścił „Przez twe oczy zielone” a mąż porwał mnie do tańca, dzieciaki pokładały się ze śmiechu, widać jeszcze nie wiedzą co to znaczy kochać tak, jak my się kochamy.

Albo jak piekłam z córką pierniczki. Na kilka drogocennych chwil oderwała się od telefonu i tak jak kiedyś, przed wiekami chyba, zagniatałyśmy,  wałkowałyśmy, wykrawałyśmy, piekłyśmy i dekorowałyśmy. I wprawdzie nie odważyłam się pobrudzić jej nosa czekoladą ale za to wylizała łyżkę. I znowu złapałam kilka uśmiechów i tego czegoś, czego nie da się opisać a co po prostu jest w nas, co czujemy wracając z dalekiej podróży do domu i rozpalamy kominek aby ogrzać się w jego blasku i co czujesz wtedy, kiedy twój nastolatek staje się na chwilę znowu tą dobrze ci znaną i kochaną przez ciebie istotką, którą odebrały ci hormony... Albo narkotyki...

Kiedy 19 lat temu pierwszy raz zobaczyłam moją córkę, kiedy pierwszy raz poczułam jej małe ciałko na swoim sercu przepełniła mnie miłość tak wielka, że nie było widać jej brzegu. Wiem, wydawać by się to mogło takie wyświechtane, takie powtarzane milion razy, ale tak naprawdę jest. Im dłużej moja mała wojowniczka była ze mną tym bardziej moja miłość rosła. Przez jakiś czas byłyśmy prawie jak jeden organizm, wszystkie czynności wykonywałam z moją córką śpiącą w nosidełku. Byłam lekarstwem na chorobę, chusteczką na smutek, utuleniem w zmęczeniu, śmiechem w radości. Moja mała dziewczynka zawsze chciała więcej, szybciej. Szybciej chodzić, wyżej wejść. A gdy czegoś chciała zawsze uparcie parła do celu. Miała 9 miesięcy, kiedy zaczęła chodzić. Wspinała się na płoty, drzewa. Mówiła o sobie „Piękna w świecie”. A ja zawsze byłam obok. Gdy musiałam wrócić do pracy, bardzo cierpiała. Potrafiła godzinami leżeć w łóżku nie pozwalając się ubrać. „Moja mamusia mnie ubierze jak wróci”, krzyczała. Nigdy nie chciała jechać beze mnie na wakacje, a gdy to ja musiałam wyjechać choć na jeden dzień, chorowała. Tak zwyczajnie, gorączka, ból gardła. Byle bym została. Nie zawsze było dobrze, jak to w życiu, ale zawsze razem. Zawsze byłam dumna z mojej córki, nawet gdy nie przynosiła świadectw z paskiem czy dyplomów. Wyrosła na piękną, mądrą, dobrą i wrażliwą dziewczynę, później kobietę. Moja córka...

Tak było z moją córką, póki nie spotkała kogoś, kto zazdrościł jej tego wszystkiego i dlatego postanowił to zniszczyć. Psuł ja od środka jak robak, wtłaczał truciznę w jej życie aż przestała być sobą. Przestała chcieć więcej... I teraz nie ma już nawet momentów do mojej kolekcji...

Dziś moja córka napisała mi, że mnie nienawidzi...

Te słowa odbijają się w mojej głowie jak fale o falochron... 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

  Najgorsza jest tak naprawdę nadzieja. Przez większość czasu czujesz się jak na jakiejś cholernej kolejce górskiej. Ze stacji „Kiedy Bóg pr...