Dziś moja córka napisała mi, że
mnie nienawidzi...
Ostatnio zaczęłam łapać momenty.
Tylko tyle mi pozostało, aby nie zwariować do końca. Tych
miłych jest tak niewiele, że należałoby je zamykać w specjalnej
gablocie, przybite szpileczkami jak motyle. Czasami kiedy jadę
rowerem z pracy do domu chciałabym jechać jak najdłużej,
jak najdalej, bo właśnie wtedy czuję się taka wolna, oczyszczona
ze wszystkich myśli, tylko ja, powietrze i przestrzeń. A czasami,
kiedy wiem czego mogę spodziewać się w domu chciałabym tak
jechać i jechać do końca życia i świata. I dlatego stworzyłam
moją kolekcję momentów. Żeby jednak wracać i próbować łapać
następny.
Na pierwszym miejscu oczywiście
dzieciństwo. Wakacje nad morzem córka biegnąca w stronę plaży.
„Moźe, moźe, fala, fala, ludzie, ludzie, schody, schody, źęby,
źęby”, powtarzana niczym zaklęcie przestroga rodziców „Uważaj
na schodach, bo jest dużo ludzi i można wybić zęby”. Syn
dzielnie pokonujący na krótkich nóżkach dystans Chłopy –
Gąski. Ulewa pod latarnią morską. Wyprawa na ryby, gdzie już po
pierwszym zarzuceniu straciliśmy spławik i haczyk. Wspólne
grzybobrania. ZOO, kino, Targi Polagra, basen...
Później stali się nastolatkami.
Wszyscy mówią, że to trudny wiek dla dzieci. Ciekawe dlaczego nie
myślą, co ten wiek oznacza dla ich rodziców. Zwątpienie w to, czy
w ogóle nadajemy się żeby być rodzicami. Kłótnie, płacz,
trzaskanie drzwiami... I momenty...
Pamiętam, jak kiedyś pojechaliśmy na
koncert Golec uOrkeistra. Zbliżało się Boże Narodzenie,
śpiewali kolędy i pastorałki. O dziwo udało się nam wybrać całą
czwórką, dzieciaki same z siebie, nie zmuszone chciały pojechać z
nami. W sumie to nawet mi się nie chciało za bardzo, piątek po
pracy, zmęczona byłam i w jakiejś depresji nieustającej. A potem
okazało się, że to właśnie był taki moment złocony szczerym
złotem. Udało się nam przez chwilę być razem, tak naprawdę
blisko, uśmiechać się do siebie, rozmawiać, żartować, śpiewać.
Niby nic, niby takie zwyczajne nic, a dla mnie cenniejsze niż
wygrana w LOTTO. Patrzyłam na innych i zastanawiałam się , czy oni
też zdają sobie sprawę z wagi tego, co się wydarzyło. Pewnie
nie, ludzie zasadniczo gubią te chwile, tak jak i ja gubiłam je
przez całe dotychczasowe życie. Te wszystkie „kocham cię mamo”,
buziaki i przytulaski kiedyś wydawały się takie zwyczajne, takie
oczywiste, takie wręcz należące się. Żal i wstyd, że
człowiek nie potrafi ich wtedy docenić.
Albo jak moja córka miała problemy z nerkami.
Pojechałam z nią na USG. Czekałyśmy godzinę, była głodna,
opita wodą i coraz bardziej znudzona i zła. Ale o dziwo, kiedy
wyszłyśmy, wrócił jej humor, może podziałała wizja rychłej
konsumpcji hot doga, może powietrze. Udało nam się pożartować,
porozmawiać, kupić prezent dla kuzynki. A już na pętli, kiedy
wychodziłyśmy ze sklepu z hot dogami w ręce wpadłyśmy prosto na
wracającego ze szkoły syna. Dołączył do nas i zrobiło się
naprawdę miło. Trochę pośmiali się ze starej matki, kiedy
próbował nauczyć mnie grać w jedną ze swoich gier, ja oczywiście
udałam, że się obrażam choć serce śmiało mi się z radości. W
domu puścił „Przez twe oczy zielone” a mąż porwał mnie do
tańca, dzieciaki pokładały się ze śmiechu, widać jeszcze nie
wiedzą co to znaczy kochać tak, jak my się kochamy.
Albo jak piekłam z córką pierniczki. Na kilka
drogocennych chwil oderwała się od telefonu i tak jak kiedyś,
przed wiekami chyba, zagniatałyśmy, wałkowałyśmy,
wykrawałyśmy, piekłyśmy i dekorowałyśmy. I wprawdzie nie
odważyłam się pobrudzić jej nosa czekoladą ale za to wylizała
łyżkę. I znowu złapałam kilka uśmiechów i tego czegoś, czego
nie da się opisać a co po prostu jest w nas, co czujemy wracając z
dalekiej podróży do domu i rozpalamy kominek aby ogrzać się w
jego blasku i co czujesz wtedy, kiedy twój nastolatek staje się na
chwilę znowu tą dobrze ci znaną i kochaną przez ciebie istotką,
którą odebrały ci hormony... Albo narkotyki...
Kiedy 19 lat temu pierwszy raz zobaczyłam moją
córkę, kiedy pierwszy raz poczułam jej małe ciałko na swoim
sercu przepełniła mnie miłość tak wielka, że nie było widać
jej brzegu. Wiem, wydawać by się to mogło takie wyświechtane,
takie powtarzane milion razy, ale tak naprawdę jest. Im dłużej
moja mała wojowniczka była ze mną tym bardziej moja miłość
rosła. Przez jakiś czas byłyśmy prawie jak jeden organizm,
wszystkie czynności wykonywałam z moją córką śpiącą w
nosidełku. Byłam lekarstwem na chorobę, chusteczką na smutek,
utuleniem w zmęczeniu, śmiechem w radości. Moja mała dziewczynka
zawsze chciała więcej, szybciej. Szybciej chodzić, wyżej wejść.
A gdy czegoś chciała zawsze uparcie parła do celu. Miała 9
miesięcy, kiedy zaczęła chodzić. Wspinała się na płoty,
drzewa. Mówiła o sobie „Piękna w świecie”. A ja zawsze byłam
obok. Gdy musiałam wrócić do pracy, bardzo cierpiała. Potrafiła
godzinami leżeć w łóżku nie pozwalając się ubrać. „Moja
mamusia mnie ubierze jak wróci”, krzyczała. Nigdy nie chciała
jechać beze mnie na wakacje, a gdy to ja musiałam wyjechać choć
na jeden dzień, chorowała. Tak zwyczajnie, gorączka, ból gardła.
Byle bym została. Nie zawsze było dobrze, jak to w życiu, ale
zawsze razem. Zawsze byłam dumna z mojej córki, nawet gdy nie
przynosiła świadectw z paskiem czy dyplomów. Wyrosła na piękną,
mądrą, dobrą i wrażliwą dziewczynę, później kobietę. Moja
córka...
Tak było z moją córką, póki nie
spotkała kogoś, kto zazdrościł jej tego wszystkiego i dlatego
postanowił to zniszczyć. Psuł ja od środka jak robak, wtłaczał
truciznę w jej życie aż przestała być sobą. Przestała chcieć
więcej... I teraz nie ma już nawet momentów do mojej kolekcji...
Dziś moja córka napisała mi, że
mnie nienawidzi...
Te słowa odbijają się w mojej głowie jak fale o
falochron...