wtorek, 24 listopada 2020

 

Najgorsza jest tak naprawdę nadzieja. Przez większość czasu czujesz się jak na jakiejś cholernej kolejce górskiej. Ze stacji „Kiedy Bóg przydzielał Mamy mnie wybrał najlepszą” lecisz na łeb, na szyję w szyderczo otwartą przestrzeń peronu „Nienawidzę Cię za to, że mnie urodziłaś”. Otwierając rano oczy nie możesz przewidzieć, jaką kartę odkrywa dzisiejszy dzień. Wracając do domu boisz się otworzyć drzwi. Szykując zamówiony dziesięć minut wcześniej obiad nie wiesz, czy za chwilę nie wyląduje w psiej misce. Czasami nawet boisz się iść do kibla, bo nie wiadomo, co w tym czasie się wydarzy. Po drugim razie, wtedy, kiedy już wiedziałam, że to nie jest jednorazowe potknięcie, uświadomiłam sobie, że paradoksalnie dla mnie lepszy jest brak nadziei. Kiedy wiesz już, że jest źle, bardzo źle, to „gorzej” nie wydaje się tak dołujące niż wtedy, kiedy jest względnie dobrze. To trochę tak, jak wtedy kiedy wdepniesz w błoto w nowych butach i generalnie już ci wszystko jedno w co wdepniesz za chwilę bo buty już i tak zgnoiłeś. Dla mnie nawet te krótkie okresy, kiedy nic się nie dzieje są jedynie oczekiwaniem na to, kiedy coś pierdyknie i znowu zacznie się dołek. Oczywiście wierzę mojej córce, że jej zależy, że się stara, że chce wyjść na prostą. Ja po prostu boję się dać sobie szansę uwierzenia w to, że jeszcze może być dobrze. Jest taka roślina Sansewieria gwinejska, potrafi rosnąć nawet całkowicie pozbawiona światła. Ja ostatnio też nie potrzebuję go do życia. Zalewa mnie ciemność. Kiedyś lubiłam śpiewać, uśmiechać się, być miła. Teraz najchętniej pogrążyłabym się w mroku. Nie mam ochoty nigdzie wychodzić, spotykać się z ludźmi. Wizyty znajomych i przyjaciół już po pół godzinie stają się ciężarem, bo nakładają obowiązek prowadzenia konwersacji. A mnie się nie chce otwierać ust. Wszystko wydaje się być takie nieważne, takie płytkie. Jak kałuża w porównaniu do sztormu na oceanie.

czwartek, 12 listopada 2020

 

Widziałam dzisiaj na ulicy mamę z dzieckiem, takim malutkim. Mama pchała wózek a dziecko niosła na rękach. Przypomniało mi się, że moja córka, kiedy była malutka, też nie lubiła jeździć w wózku tylko chciała żeby ją nosić. Najbardziej lubiła być przewieszona przez ramię, tak, żeby wszystko widzieć. Płakałam jak nigdy. Tak po prostu, na ulicy, choć ludzie patrzyli na mnie jak na wariatkę. A ja miałam przed oczami moją córeczkę, która głośnym krzykiem dopominała się o to, żeby zabrać ją na ręce. I wtedy uświadomiłam sobie, że emocją która najbardziej kojarzy mi się z moją córką jest złość. Na to, że nie chce smoczka, na to, że nie ma mamy blisko, na to, że nie dostała tego, co chciała. Ze złości nauczyła się chodzić, ze złości gryzła brata, ze złości krzyczała na wszystkich. Gdy stała się nastolatką złościła się jeszcze częściej, kłótniom i krzykom nie było końca. Myślałam, to dobrze, nie można dusić emocji, wykrzyczy się, poczuje ulgę.

Ale później przyszedł ten czas, kiedy złość zgęstniała, otoczyła ją i sączyła się z niej nieustannie. Nie było już prawie nic innego. Teraz wiem, że wtedy już brała. Krzyczała, że kogut pieje, pies szczeka, domownicy rozmawiają. Bałam się tej złości tak bardzo,że wpadłam w jakiś obłęd. Zdejmowałam papcie z nóg, żeby nie hałasować na schodach, schodziłam się wysikać do łazienki na dole, opanowałam do perfekcji sztukę bezgłośnej egzystencji w domu. A mimo wszystko potrafiła zejść i zrobić mi awanturę o to, że łyżka stuknęła o słoik, kiedy nakładałam buraki. Teraz zarzuca mi, że jestem bierna wobec agresji syna i męża wobec niej, że nie chronię jej przed ich złością, A ja nie potrafię... A ja czuję jakby mnie nie było... Swoją złość zbijam w kulkę nadmorskiego piasku i ciskam nią w ten cholerny falochron. I wygarniając piasek z oczu wiem już na pewno, że to ja jestem i falochronem i złością... Chcę go wyrwać słupek po słupku i cisnąć je daleko w morze, żeby unosiły się na falach gniewu.

Ale falochron jest przecież potrzebny, prawda?

środa, 11 listopada 2020

 

Zawsze kochałam morze. A teraz, kiedy tak bardzo chciałabym tam być, pojechać, usiąść na plaży, zatracić się w szumie fal, albo zanurzyć w nim i czekać aż pochłonie cię w swojej nieskończoności wody, teraz nie mogę. Teraz ogarnia mnie inne morze. Groźniejsze i głębsze od wszystkich innych. To morze wylało się na nas, kiedy zawieźliśmy naszą córkę na toksykologię. Pani doktor zgodziła się z nami porozmawiać i to właśnie ona uwolniła fale. Wiadro pomyj, jak powiedział mój mąż. A może zimny prysznic. Cała lista substancji, o których do tej pory czytałaś jedynie w książkach. I to pytanie, które nadal dźwięczy w moich uszach „Nie zauważyliście niczego?” I wtedy stanęła mi przed oczami inna kolekcja momentów. Pocięte słomki w pokoju. Zostawiane śniadania, obiady i kolacje. Spanie po całych dniach lub nocach przy włączonej muzyce. Nocne wyjścia lub powroty. Humory zmienne jak marcowa pogoda. I masz ochotę tłuc głową w ścianę. Albo skoczyć z tego okna za plecami. To była oczywiście nasza druga wizyta w tym miejscu, Za pierwszym razem, niedawno, miesiąc niecały temu, nikt nie chciał z nami rozmawiać, a my w swojej naiwności myśleliśmy, że to taki incydent, jednorazowa utrata kontroli... Że przeżyjemy ten moment, że damy radę sami. Potem, gdy odwiedzałam szpital psychiatryczny rosła we mnie złość, To nie miejsce dla mojej córki, nie powinno jej tu być. Tylko my, w domu, swoją miłością możemy ją uleczyć. Dlaczego nie chcą mi oddać mojej małej dziewczynki. I gdy po miesiącu znowu przyszło nam zmierzyć się z barierą zamkniętych drzwi oddziału, gdy moja córka powiedziała ćpam bo lubię, gdy Pani doktor uświadomiła nam, jak głębokie i długie jest uzależnienie mojej córki, poczułam, że nie chcę dłużej żyć. I jak bardzo banalnie by to nie zabrzmiało, morze rozpaczy zalało mnie po czubek głowy, rzucając mną o dno. Ale jeszcze nie utonęłam...

Chociaż to wtedy moja córka napisała mi, że mnie nienawidzi...

wtorek, 10 listopada 2020

 

Nie wiem jak można opisać to, co czujesz, kiedy dowiadujesz się, że twojemu dziecku jest tak źle na świecie, że nie chce żyć. Strach, nie, to mało powiedziane – przerażenie blokujące możliwość poruszania się, nawet oddychania. Ale oczywiście mózg ma swoje zdanie i dalej będzie tłoczył krew i pompował powietrze i będziesz żyć. Najpierw, kiedy jeszcze działa adrenalina działasz, załatwiasz, szukasz pomocy. Ale później, w nocy, kolejnej bezsennej, przepłakanej ogarnia cię niemoc, bezradność, serce pęka na milion kawałków i czujesz, że już nigdy ich nie posklejasz. I próbujesz zrozumieć gdzie popełniłaś błąd. Dlaczego jesteś tak beznadziejną matką? Czy dlatego, że sama miałaś schrzanione dzieciństwo i nie umiesz stworzyć normalnej rodziny, czy dlatego, że odezwała się genetyka i twoje dzieci dziedziczą brak chęci do życia, czy dlatego, że spłacasz teraz jakiś dług za cierpienia, których sama kiedyś komuś przysporzyłaś? I to poczucie winy zalewa cię co dnia, sączy się z ciebie i zajmuje niebawem całą przestrzeń, w której się poruszasz. A potem złość, na wszystko i wszystkich, którzy są szczęśliwsi od ciebie i na Twoją córkę, że cię nienawidzi i na męża, że był za ostry, zbyt despotyczny i na syna, że był dla niej niemiły, że ciągle się kłócili, i na swoją matkę, że kiedyś podjęła decyzje spieprzające ci życie, i na siebie, że w ogóle odważyłaś się mieć rodzinę, wiedząc, że jesteś spaczona psychicznie, i... A potem smutek, smutek, smutek... I możesz już tylko płakać a morze łez odbija się o twój falochron...

Dziś moja córka napisała mi, że mnie nienawidzi...


Ostatnio zaczęłam łapać momenty. Tylko tyle mi pozostało, aby nie zwariować do końca.  Tych miłych jest tak niewiele, że należałoby je zamykać w specjalnej gablocie, przybite szpileczkami jak motyle. Czasami kiedy jadę rowerem z pracy do domu chciałabym  jechać jak najdłużej, jak najdalej, bo właśnie wtedy czuję się taka wolna, oczyszczona ze wszystkich myśli, tylko ja, powietrze i przestrzeń. A czasami, kiedy wiem czego mogę spodziewać się w domu chciałabym  tak jechać i jechać do końca życia i świata. I dlatego stworzyłam moją kolekcję momentów. Żeby jednak wracać i próbować łapać następny.


Na pierwszym miejscu oczywiście dzieciństwo. Wakacje nad morzem córka biegnąca w stronę plaży. „Moźe, moźe, fala, fala, ludzie, ludzie, schody, schody, źęby, źęby”, powtarzana niczym zaklęcie przestroga rodziców „Uważaj na schodach, bo jest dużo ludzi i można wybić zęby”. Syn dzielnie pokonujący na krótkich nóżkach dystans Chłopy – Gąski. Ulewa pod latarnią morską. Wyprawa na ryby, gdzie już po pierwszym zarzuceniu straciliśmy spławik i haczyk. Wspólne grzybobrania. ZOO, kino, Targi Polagra, basen...

Później stali się nastolatkami. Wszyscy mówią, że to trudny wiek dla dzieci. Ciekawe dlaczego nie myślą, co ten wiek oznacza dla ich rodziców. Zwątpienie w to, czy w ogóle nadajemy się żeby być rodzicami. Kłótnie, płacz, trzaskanie drzwiami... I momenty...


Pamiętam, jak kiedyś pojechaliśmy na koncert Golec  uOrkeistra. Zbliżało się Boże Narodzenie, śpiewali kolędy i pastorałki. O dziwo udało się nam wybrać całą czwórką, dzieciaki same z siebie, nie zmuszone chciały pojechać z nami. W sumie to nawet mi się nie chciało za bardzo, piątek po pracy, zmęczona byłam i w jakiejś depresji nieustającej. A potem okazało się, że to właśnie był taki moment złocony szczerym złotem.  Udało się nam przez chwilę być razem, tak naprawdę blisko, uśmiechać się do siebie, rozmawiać, żartować, śpiewać. Niby nic, niby takie zwyczajne nic, a dla mnie cenniejsze niż wygrana w LOTTO. Patrzyłam na innych i zastanawiałam się , czy oni też zdają sobie sprawę z wagi tego, co się wydarzyło. Pewnie nie, ludzie zasadniczo gubią te chwile, tak jak i ja gubiłam je przez całe dotychczasowe życie. Te wszystkie „kocham cię mamo”, buziaki i przytulaski kiedyś wydawały się takie zwyczajne, takie oczywiste, takie wręcz należące się.  Żal i wstyd, że człowiek nie potrafi ich wtedy docenić.



Albo jak moja córka miała problemy z nerkami. Pojechałam z nią na USG. Czekałyśmy godzinę, była głodna, opita wodą i coraz bardziej znudzona i zła. Ale o dziwo, kiedy wyszłyśmy, wrócił jej humor, może podziałała wizja rychłej konsumpcji hot doga, może powietrze. Udało nam się pożartować, porozmawiać, kupić prezent dla kuzynki. A już na pętli, kiedy wychodziłyśmy ze sklepu z hot dogami w ręce wpadłyśmy prosto na wracającego ze szkoły syna. Dołączył do nas i zrobiło się naprawdę miło. Trochę pośmiali się ze starej matki, kiedy próbował nauczyć mnie grać w jedną ze swoich gier, ja oczywiście udałam, że się obrażam choć serce śmiało mi się z radości. W domu puścił „Przez twe oczy zielone” a mąż porwał mnie do tańca, dzieciaki pokładały się ze śmiechu, widać jeszcze nie wiedzą co to znaczy kochać tak, jak my się kochamy.

Albo jak piekłam z córką pierniczki. Na kilka drogocennych chwil oderwała się od telefonu i tak jak kiedyś, przed wiekami chyba, zagniatałyśmy,  wałkowałyśmy, wykrawałyśmy, piekłyśmy i dekorowałyśmy. I wprawdzie nie odważyłam się pobrudzić jej nosa czekoladą ale za to wylizała łyżkę. I znowu złapałam kilka uśmiechów i tego czegoś, czego nie da się opisać a co po prostu jest w nas, co czujemy wracając z dalekiej podróży do domu i rozpalamy kominek aby ogrzać się w jego blasku i co czujesz wtedy, kiedy twój nastolatek staje się na chwilę znowu tą dobrze ci znaną i kochaną przez ciebie istotką, którą odebrały ci hormony... Albo narkotyki...

Kiedy 19 lat temu pierwszy raz zobaczyłam moją córkę, kiedy pierwszy raz poczułam jej małe ciałko na swoim sercu przepełniła mnie miłość tak wielka, że nie było widać jej brzegu. Wiem, wydawać by się to mogło takie wyświechtane, takie powtarzane milion razy, ale tak naprawdę jest. Im dłużej moja mała wojowniczka była ze mną tym bardziej moja miłość rosła. Przez jakiś czas byłyśmy prawie jak jeden organizm, wszystkie czynności wykonywałam z moją córką śpiącą w nosidełku. Byłam lekarstwem na chorobę, chusteczką na smutek, utuleniem w zmęczeniu, śmiechem w radości. Moja mała dziewczynka zawsze chciała więcej, szybciej. Szybciej chodzić, wyżej wejść. A gdy czegoś chciała zawsze uparcie parła do celu. Miała 9 miesięcy, kiedy zaczęła chodzić. Wspinała się na płoty, drzewa. Mówiła o sobie „Piękna w świecie”. A ja zawsze byłam obok. Gdy musiałam wrócić do pracy, bardzo cierpiała. Potrafiła godzinami leżeć w łóżku nie pozwalając się ubrać. „Moja mamusia mnie ubierze jak wróci”, krzyczała. Nigdy nie chciała jechać beze mnie na wakacje, a gdy to ja musiałam wyjechać choć na jeden dzień, chorowała. Tak zwyczajnie, gorączka, ból gardła. Byle bym została. Nie zawsze było dobrze, jak to w życiu, ale zawsze razem. Zawsze byłam dumna z mojej córki, nawet gdy nie przynosiła świadectw z paskiem czy dyplomów. Wyrosła na piękną, mądrą, dobrą i wrażliwą dziewczynę, później kobietę. Moja córka...

Tak było z moją córką, póki nie spotkała kogoś, kto zazdrościł jej tego wszystkiego i dlatego postanowił to zniszczyć. Psuł ja od środka jak robak, wtłaczał truciznę w jej życie aż przestała być sobą. Przestała chcieć więcej... I teraz nie ma już nawet momentów do mojej kolekcji...

Dziś moja córka napisała mi, że mnie nienawidzi...

Te słowa odbijają się w mojej głowie jak fale o falochron... 

  Najgorsza jest tak naprawdę nadzieja. Przez większość czasu czujesz się jak na jakiejś cholernej kolejce górskiej. Ze stacji „Kiedy Bóg pr...