Najgorsza jest tak naprawdę nadzieja. Przez większość czasu czujesz się jak na jakiejś cholernej kolejce górskiej. Ze stacji „Kiedy Bóg przydzielał Mamy mnie wybrał najlepszą” lecisz na łeb, na szyję w szyderczo otwartą przestrzeń peronu „Nienawidzę Cię za to, że mnie urodziłaś”. Otwierając rano oczy nie możesz przewidzieć, jaką kartę odkrywa dzisiejszy dzień. Wracając do domu boisz się otworzyć drzwi. Szykując zamówiony dziesięć minut wcześniej obiad nie wiesz, czy za chwilę nie wyląduje w psiej misce. Czasami nawet boisz się iść do kibla, bo nie wiadomo, co w tym czasie się wydarzy. Po drugim razie, wtedy, kiedy już wiedziałam, że to nie jest jednorazowe potknięcie, uświadomiłam sobie, że paradoksalnie dla mnie lepszy jest brak nadziei. Kiedy wiesz już, że jest źle, bardzo źle, to „gorzej” nie wydaje się tak dołujące niż wtedy, kiedy jest względnie dobrze. To trochę tak, jak wtedy kiedy wdepniesz w błoto w nowych butach i generalnie już ci wszystko jedno w co wdepniesz za chwilę bo buty już i tak zgnoiłeś. Dla mnie nawet te krótkie okresy, kiedy nic się nie dzieje są jedynie oczekiwaniem na to, kiedy coś pierdyknie i znowu zacznie się dołek. Oczywiście wierzę mojej córce, że jej zależy, że się stara, że chce wyjść na prostą. Ja po prostu boję się dać sobie szansę uwierzenia w to, że jeszcze może być dobrze. Jest taka roślina Sansewieria gwinejska, potrafi rosnąć nawet całkowicie pozbawiona światła. Ja ostatnio też nie potrzebuję go do życia. Zalewa mnie ciemność. Kiedyś lubiłam śpiewać, uśmiechać się, być miła. Teraz najchętniej pogrążyłabym się w mroku. Nie mam ochoty nigdzie wychodzić, spotykać się z ludźmi. Wizyty znajomych i przyjaciół już po pół godzinie stają się ciężarem, bo nakładają obowiązek prowadzenia konwersacji. A mnie się nie chce otwierać ust. Wszystko wydaje się być takie nieważne, takie płytkie. Jak kałuża w porównaniu do sztormu na oceanie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz